W tym miejscu mojej strony chciałam zamieścić kilka opowiadań. Bardzo dla mnie ważnych. Są to opowieści o zwierzętach które były w moim życiu, niektóre dłużej, inne krócej. Ale zawsze
były dla mnie ważne i spośród tych wszystkich zwierząt jakie się przewinęły - te
najbardziej się w mojej pamięci utrwaliły. Choć już nie żyją...
>
![]()

Łatka- suczka przez wszystkich kochana.
Trafiła do mojego domu rodzinnego jako maleńkie szczenię, zabiedzone, schorowane, w ostatniej chwili uratowane przed wykonaniem wyroku śmierci. Sporo czasu nam zajęło doprowadzenie jej do stanu używalności. Ale za to później do końca swojego życia cieszyła nasze serca swoim przywiązaniem i psią wiernością.
Była mieszańcem szpica z pekińczykiem, oraz z czymś tam jeszcze (jako ze tatuś był nieznany, jak to zwykle u takich kundelków bywa). Po przodku szpicu miała lekko zadziorny charakterek i nieufność wobec obcych. Po pekińczyku za to odziedziczyła uwielbienie do spania pod kołdrą i pieszczot oraz wielkie, wyraziste oczy.
Łatka była psem na poły myśliwskim, jako że podczas spacerów po łąkach uwielbiała polować, i wystawiać zwierzynę. Ale to były łowy bardzo przyjacielskie, chodziło w nich właśnie o wytropienie zdobyczy: myszy, buczącego żuczka ;).
Bo Łatka kochała wszystkie istoty żyjące wokół niej... Zresztą w naszym domu zawsze było dużo innych zwierząt. Taka jedna wielka rodzina... Moja suczka uwielbiała tez... pływać.
Gdy szłyśmy nad jezioro, to od razu sama, bez ponaglania wskakiwała do wody i bawiła się w niej, taplała, wyciągała z dna różne przedmioty . Dla czystej przyjemności pływania. Zdarzało jej się nawet kłaść w wodzie i leżeć tak przez dłuższy czas z mina najszczęśliwszego psa na świecie. Ona po prostu kochała wodę...
Często jeździliśmy z nią do lasu, nad jeziora, a plany wakacyjne układaliśmy tak by Łatce to odpowiadało. Dlatego większość rodzinnych wolnych chwil spędzaliśmy na łonie natury. A teraz bardzo się cieszę że tych wspólnych chwil było tak dużo...
Co prawda co roku jeździliśmy nad duże jezioro położone wśród lasów, ale czyż leżenie plackiem na plaży może się równać z spacerami po lesie, pływaniem łódką po jeziorze tuż przed zapadnięciem nocy, obserwowaniem z okna domku dzików które pod osłoną ciemności podchodziły pod schody?
I w sumie Łatka swój czas na Ziemi przeżyła chyba szczęśliwie. Była wesołym,
radosnym, pełnym życia psiakiem.
Zadziwiała lekarzy tym że mimo swego wieku miała
wszystkie i to w dodatku białe zęby. Gdy ktoś jej nie znał od małego to nie mógł
uwierzyć ze ten żwawy psiak ma dobrze ponad 10 lat.
Dopiero na starość zaczęły się choroby.
Dołączyły do niego poważne problemy z sercem... I to właśnie przez nie Latka już
nie cieszy nas od roku już swoim towarzystwem... Gdy leki przestały już działać, gdy
w jej oczach nie było już tego tak dla niej charakterystycznego błysku, gdy mieliśmy
pewność ze dla niej zaczęła się droga w dół, bez szansy na powrót i że nie
będzie już lepiej - podjęliśmy bardzo trudna decyzje o uśpieniu jej.
Odeszła bardzo
spokojnie, polizawszy przedtem rękę swojego ukochanego lekarza. Płakaliśmy my,
płakał on...
To była jedna z najbardziej wzruszających chwil w moim życiu. Mimo iż
tego dnia umierała na moich rękach moja ukochana suczka, to jednocześnie uwalniała
się od choroby która ją okaleczała dzień po dniu i walkę z którą przegrała.
Ale
żyła 17 lat i za ten czas jestem wdzięczna losowi.
Mam nadzieje ze tam gdzie psica jest teraz, niczego jej nie brakuje i ze jest szczęśliwa....
Myślę ze naprawdę istnieje gdzieś ten mityczny Tęczowy Most i spotkam się kiedyś na nim razem ze wszystkimi moimi zwierzętami...
![]()
TOFFI
grudzień 1992 - czerwiec 1993

TOFFI - mimo iż był samiczka dostał właśnie tak na imię.
Jako że był przesłodkim króliczkiem, oraz dlatego że w telewizji akurat był film, a występował w nim właśnie prześliczny (moim zdaniem) koń o tym imieniu. Niestety... Toffi nie był ze mną zbyt długo...
Żył tylko 7 miesięcy, z czego 2 spędził w sklepowej klatce, a 2 były ciągłą walką o jego życie. Niestety, przegraną... Tak więc jedynie 3 miesiące mógł się tak naprawdę cieszyć życiem. Nie był jedynym króliczkiem w moim życiu. Ale nigdy nie spotkałam się z takim potencjałem króliczej miłości jak w przypadku Toffiego, zwanego czule - Toffiaczkiem.
Potrafił wspinać się na kolana, kłaść na grzbiecie prosząc o pieszczoty. Przybiegał na każde zawołanie i w ogóle za chwile pieszczoty był gotów zrobić wszystko.
Uwielbiał specjalnie dla niego siany owies, za to wapienne kostki w kilka minut przemieniał w wapienną mączkę. Łapkami :). Toffi nie chciał ani na moment zostawać sam. Pragnął zainteresowania, głaskania, mówienia do niego.
Ten króliczek miał w swoim malutkim ciałku tak wiele czułości i oddania... Jakby przeczuwał, że w ciągu tych kilku szczęśliwych miesięcy musi nazbierać zapas naszej miłości i swojej radości na cała wieczność.
Bo niestety, los nie był dla niego łaskawy...
To rozbawione, wiecznie kicające zwierzątko pewnego dnia zachorowało. I to był początek końca. Na początku nie wyglądało to groźnie.
Pozornie...
Taki sobie mały guzek.. Operacja... Powikłania. Sukces - udało się z nimi uporać.
Kilka dni później szok! Kolejne guzy, tym razem na także kości...Chwile nadziei przeplatały się z chwilami zwątpienia. Mimo kolejnych operacji choroba robiła swoje.
Czasem ustępowała na kilka dni, później wracała ze zdwojoną siłą... Po dwóch miesiącach nadszedł czas na trudną decyzję...
Gdy zapłakana sznurowałam sobie tego dnia na podłodze buty - Toffi wyszedł chwiejnie z klatki, przyczłapał do mnie, wspiął się na moje kolana i zasnął ugłaskany... U lekarza był spokojny jak nigdy, nawet nie drgnął w momencie zastrzyku.
Po prostu zasnął, tak jak godzinę wcześniej - pod wpływem pieszczot... I to jest koniec opowieści o Toffim...
![]()
Wrzesień 1993 - sierpień 2000 r.

Tuptusia to ten rudy królik, z prawej. Szary to Tuptuś
Tuptusia - nastała ze swoim ojcem - Tuptusiem niedługo po Toffim. To nie była przemyślana
decyzja, ja wręcz nie chciałam jeszcze mieć innego króliczka. Poprzednia strata
wciąż bardzo bolała... Ale sytuacja była taka, ze nie wzięcie tych dwóch
króliczków było dla nich jednoznaczne ze śmiercią.
I w ten sposób trafiły do mnie.
Tuptusia miała wtedy kilka tygodni, była jeszcze kruszynka, musiałam ją wręcz
dokarmiać mlekiem. Ale udało się, tym bardziej ze niezwykle ciepło zajął się nią
drugi królik, wtedy już 4 letni.
Niestety, te przeżycia z dzieciństwa (zanim do mnie trafiła też sporo wycierpiała mimo tak młodego wieku...) jak i przewlekła choroba sprawiły, iż nie była zwierzątkiem do głaskania.
W ogóle nie lubiła być dotykana. Do ostatniego dnia swojego życia
zachowywała się jak dziki królik. Była bardzo nieufna, uciekała przed ręką. Jej
jedynym przyjacielem był Tuptuś, którego nie odstępowała na krok. Mimo iż była taka nieprzystępna, to też ma zarezerwowane miejsce w moim sercu.
Taki po prostu miała charakter. Była królikiem niezwykle samodzielnym i za to ją kochałam. Niestety, przeziębiła się. I skończyłoby się to szczęśliwie gdyby nie fakt, iż akurat w okolicy szalał pomór....
Mimo iż Tuptusia była zaszczepiona, to choroba na tyle osłabiła jej odporność ze przegrała z zaraza... Od tego czasu Tuptuś jest sam... A w tym roku skończy 13 lat... Jednak mam nadzieje ze jeszcze długo nie będę miała okazji
do zamieszczenia tutaj opowieści o nim...
Niestety - w momencie mojej przeprowadzki do
Warszawy - Tuptuś był już tak stary i schorowany, że nie przeżyłby drogi...
Po wielu
rozterkach i z wielkim bólem serca - pozostawiłam go u mojego brata. Wiedziałam że
jest to człowiek o wielkim sercu do zwierząt, osoba której zupełnie mogę zaufać. W
dodatku - osoba którą Tuptuś dobrze zna i lubi.
Wiele mnie ta decyzja kosztowała, a
wyrzuty sumienia pozostaną na zawsze. Jednak zdawałam sobie sprawę że zabranie
Tuptusia w drogę to dla niego wyrok śmierci i to dosyć brutalny. Dlatego zdecydowaliśmy że Tuptuś pozostanie w Bielawie.
Zwierz momentalnie zaprzyjaźnił się
ze świnką morską mojego brata i gdy go niedawno odwiedziłam - sprawiał wrażenie
zadowolonego z życia i z nowej towarzyszki:).
Jest już staruszkiem, ale dobrze się
trzyma :)
08.11.2002 r. - Tuptuś odszedł... Miał ponad 13 lat.
![]()
SREBRNA KOTKA
...to nie było moje zwierze...
Ta śliczna, nietypowo umaszczona kotka trafiła do mojego życia tylko na chwile, tylko po to by wkrótce pożegnać się ze swoim...
Jednak w jakiś dziwny sposób stała się dla mnie bardzo ważna i jestem pewna ze nigdy jej nie zapomnę. Stała się dla mnie synonimem kociej ufności, godności a także ludzkiego okrucieństwa...
Pewnego dnia zadzwonił do mnie mój brat.
Roztrzęsionym głosem powiedział ze znalazł na swoim ogródku okaleczoną kotkę i czy mogłabym przyjść bo boi się ją ruszyć żeby nie
sprawić jej bólu. Spodziewałam się zobaczyć zwierze potrącone przez samochód,
zaplątane w siatkę, pogryzione przez psa. Na taki widok jaki zastałam - nie byłam przygotowana...
Po prostu ktoś tej kotce obciął tylne łapki... I wyrzucił pozwalając by umierała powoli wykrwawiając się gdzieś w krzakach.
Ale w tym małym zwierzątku była taka wielka wola życia ze mimo takich obrażeń - ono walczyło i to od dosyć dawna sądząc z wyglądu ran... Z początku nie dopuszczałam do siebie myśli, naiwnie, ze ktoś mógł to zrobić specjalnie...
Oczywiście od razu zanieśliśmy kotkę do lekarza, wspaniałego człowieka kochającego zwierzęta.
Ten tylko zacisnął pięści na jej widok. Szokujące było to, ze ta kotka przez cały czas była bardzo spokojna - głaskana nadstawiała łepek i mruczała. Gdy się zabierało od niej rękę od razu próbowała wydostać się z mojej kurtki - gdy miała rękę przy sobie, tylko się do niej tuliła...
Weterynarz spytał się gdzie ja znaleźliśmy, a gdy usłyszał ze na ogródkach, to z miejsca się spytał czy tam ktoś nie hoduje gołębi... Bo gołębiarze często wręcz nienawidzą kotów, do
tego stopnia że nie wystarczy im zabicie go...
Teraz wiem że to prawda...
Na ogródkach u mojego brata od dawna nie było kotów. Jednak nikt się nad tym specjalnie nie
zastanawiał. Ale faktycznie, zaczęło się to w momencie gdy pewien facet założył sobie wręcz hodowle gołębi a powszechnie było wiadomo że nienawidzi kotów...
I w szybkim czasie wszystkie zniknęły. Jednak nikt go na niczym nie nakrył, po prostu poznikały kolejno wszystkie koty... Dziwnym trafem po tej całej historii, gdy stała się głośna i faceta postraszono zakazem trzymania gołębi - nagle populacja kotów zaczęła się zwiększać...
Niestety, srebrna kotka miała pecha... Bo to ona poniosła tą ofiarę. Nie jakiś doświadczony kot, kilkuletni, który by zdążył już poznać świat. Była to młoda, ok. 7 miesięczna, śliczna i ufna kotka...
Dopiero po podaniu jej narkozy i dokładnym badaniu okazało się że lekarz miał racje z tym świadomym
okaleczeniem... Weterynarz spytał się; czy ma ja uśpić czy ratować. Myślę że było to pytanie pro forma... Kot bez dwóch tylnych łapek?.... W dodatku z taka infekcją? Bez wahania zdecydowaliśmy się skrócić jej cierpienia choć serca nam krwawiły...
Kicia została pochowana na ogródku mojego brata, obok innych naszych
zwierząt. Nie mam jej zdjęcia, po kotce pozostało tylko nasze wspomnienie... Wiem że to był czyjś kot. Mimo iż młodziutka - była dobrze odżywiona, zadbana, ufna. W dodatku niezwykłej wręcz
urody. Tuż obok ogródków jest osiedle domków jednorodzinnych. Widocznie jej
właściciele sądzili iż mieszkając na uboczu, z dala od ruchliwej ulicy mogą ją bezpiecznie wypuszczać...
Niestety, nić życia tej kotki nie została przecięta przez samochód... W pierwszym momencie miałam ochotę odnaleźć właściciela i powiedzieć
mu że nie ma co czekać na powrót swojej kotki. Ale pomyślałam że lepiej dla niego by
tego nie wiedział. Bo jakżebym mogła ukryć w jakich okolicznościach to się stało? A
tak, ten ktoś zachował w myślach wspomnienie zdrowej, ślicznej kotki którą może ktoś ukradł bo taka była piękna... I która być może mieszka sobie w jakimś dużym
domu mając kochającą, ludzką rodzinę...